środa, 22 października 2014

"A gdy nadchodzi noc..."- czyli jeden z moich wierszy

Cześć! Na tym blogu będę zamieszczać swoje wiersze. Mam nadzieję, że wam się spodobają. Wszystkie komentarze odnośnie mojej twórczości mile widziane :-).






„A gdy nadchodzi noc…”

Przejrzysta noc, bezsenna noc,
w której coś się tli.
Czy opowiesz mi?
Niespełnionych marzeń noc,
życia prosty sens.
Ogarek świecy dawno już zgasł,
pogrzebał go czas.
Ciche tykanie zegara,
Ścian bezgłośny szmer,
Oznak życia brak,
słychać tylko leciutkie,
tik-tak,
tik-tak,
tik-tak…


~zaczytana

niedziela, 12 października 2014

Iris - Jeden i Dwa

 Enjoy it :)
 Happy

Jeden – Nie mdlej

  Tamtej nocy było bardzo zimno, a temperatura sięgała poniżej zera. Jednak dzięki moim specjalnym butom palce jeszcze mi nie odpadły, a w podszytej puchem kurtce chłód nie przesiąkał mnie do szpiku kości. Dzięki temu nie koncentrowałam się na mrozie, ale na moim zadaniu.
  Pamiętaj, trzymamy się planu: wchodzisz do Bazy, ja cię osłaniam – usłyszałam męski głos w głowie.
  Jeszcze pamiętam. Powodzenia, Maks. Nie dajmy się zabić – odrzekłam.
  Ta, nie dajmy się zabić.
  Nie tracąc ani chwili, bezgłośnie ruszyłam w stronę jedynego, prócz księżyca, źródła światła – ogniska. Ogień sprawiał, że mogłam dostrzec troje ludzi siedzących wokół ogniska i dwa krzywo ustawione namioty.  mieli nałożone na głowy kaptury, więc nie widziałam ich twarzy. Wyglądali na upitych, śpiących z powodu nadmiaru alkoholu.
  Bez większych problemów obeszłam niezauważona naokoło obozowisko, docierając do jednego z namiotów. Rozsunęłam zamek i zajrzałam do środka.
  Jestem w Bazie. Na razie bezproblemowo – powiedziałam.
  Okej.
  W tym namiocie nie było nic niezwykłego. Dwa śpiwory, plecak, woda w butelce. Ale po chwili znalazłam to, czego szukałam.
  Mam Iris. Wychodzę. – Chwilę później byłam już na dworze i znów okrążałam obozowisko. Kątem oka zwróciłam uwagę na ludzi przy ognisku.
  Momentalnie serce podeszło mi do gardła. Koło paleniska siedziało tylko dwoje ludzi, a Maks mi nie odpowiedział.
  Maks? Jesteś tam? – zapytałam nieco roztrzęsiona.
  Nic. Cisza.
  Maks?! Maksymilianie! – wołałam, przerażona rozglądając się wokół. Ale nic się nie zmieniło, poza zniknięciem jeszcze jednego człowieka…
  Niewiele myśląc, wdrapałam się na pierwsze lepsze drzewo. Na szczęście było iglaste i miało rozłożyste gałęzie, więc szybko się wdrapałam. Nie było mnie widać wśród igieł, przynajmniej z dołu. Minusem było to, że ja także mało co widziałam.
  Okej, trzeba się ogarnąć. Nie dać się zabić. Wdech, wydech. Okej, to nie pomaga. Wdech…
  - Naprawdę myślałaś, że się wam uda? – usłyszałam nagle koło ucha, a następnie spadłam, przerażona jak nigdy w życiu, z drzewa.
  Nie mdlej, nie mdlej! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszałam, zanim, oczywiście, zemdlałam.



Dwa – Pustka

  Nie byłam pewna, czy jeszcze żyję. Nic nie czułam, ale czy właśnie tak wygląda śmierć? Jakbym wisiała w przestrzeni, odcięta od wszystkiego, poza własnymi myślami.
  Tyle że nie wiedziałam za bardzo, o czym mam myśleć. W głowie miałam pustkę i nie miałam pojęcia, co się dzieje. Czemu jestem w takim stanie? Co się stało przed tym stanem Pustki? Jakie było moje życie? Imię, własny wygląd, rodzina, przyjaciele, moje miasto, czy choćby moje ostatnie śniadanie – nic nie pamiętałam.
  A potem zobaczyłam biały napis na czarnym tle: Nie jesteś jedyna. Znajdź Czerwonego Węża.
  I nawet Pustka zniknęła.

~~*~~

  Otworzyłam oczy i podniosłam cała spocona. Miałam jakiś koszmar, ale nie za bardzo pamiętałam co mi się śniło. Był tam las, księżyc i ogromna sosna. W tamtej chwili nie miałam pojęcia, co mnie tak przeraziło.
  Znów położyłam się, odkrywając miętową pościel. Serce biło mi szybko, ale już powoli się uspokajałam. Wpatrywałam się w przyklejone na suficie fluorescencyjne gwiazdki i planety, ułożone w nieznane konstelacje.
  W jednej chwili zmarszczyłam brwi. Co na suficie robią te naklejki? Czemu jestem przykryta zieloną kołdrą? Przecież nie tak wygląda mój pokój… Właśnie – jak wygląda mój pokój?!
  Nic nie pamiętałam. Kompletnie. Jakby całe moje życie do teraz zostało wymazane z pamięci.
  Okej, dziewczyno, bez paniki. Myśl racjonalnie. – Zaraz jak to pomyślałam, doznałam jakby déjà vu. Jakby ktoś już to do mnie wcześniej mówił, albo… jakbym to wcześniej pomyślała, czy coś takiego.
  Potrząsnęłam głową, próbując nieco zrozumieć z obecnej sytuacji. Niewiele widziałam w tym świetle, bo była noc, a przynajmniej tak to wyglądało. Już nieco bardziej opanowana wstałam z łóżka i rozejrzałam się po pokoju.
  Nie był dużych rozmiarów. Z dużego okna lub drzwi balkonowych wpadało do niego światło księżyca. W pomieszczeniu mieściło się biurko, łóżko, szafa i komódka. Panował tu względny porządek, na biurku walały się tylko papiery i przybory do pisania.
  Podeszłam do okna, które zaraz potem ostatecznie okazało się drzwiami balkonowymi – na zewnątrz zobaczyłam osiedle z trzepakiem, małym placem zabaw i parczkiem. Nie było żywego ducha, a księżyc złowrogo wisiał nad blokami.
  Może znajdę jakieś informacje na kartkach na biurku? – Prawie rzuciłam się na drewniany mebel, pragnąc czegoś się dowiedzieć.
  Kartkówki z matematyki (trója), angielskiego (czwórka), polskiego (dwója – jak można dostać dwóję z ojczystego języka?!), jakieś karty pracy. Dowiedziałam się z nich, że osoba je posiadająca nazywa się Malina Janczak i uczęszcza do klasy trzeciej gimnazjum, więc ma zapewne piętnaście lat. Tylko czemu jej prace tutaj leżały? A może…
  Może była moją koleżanką i je tutaj zostawiła, w moim pokoju? Albo znalazłam się w jej pokoju? Może była moją siostrą i mi je podrzuciła, bo nie chciała, żeby rodzice zobaczyli.
  Jednak nie sądziłam, że jest to taka zwyczajna sprawa. Coś mi tu śmierdziało, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, co.
  Porzucając biurko w tymczasowe zapomnienie, zaczęłam szperać w plecaku, a potem w komódce, ale nic szczególnego nie znalazłam. Tracąc nadzieję na dowiedzenie się czegoś o moim położeniu, klapnęłam na łóżko, czym wprawiłam w ruch materac. Coś na nim podskoczyło, a tym czymś okazał się telefon komórkowy. Ściślej, jakiś, zapewne drogi, smart fon.
  Zegarek wskazywał w pół do czwartej. Żeby przejść dalej, musiałam wpisać jakiś kod, którego niestety nie znałam. Sfrustrowana i piekielnie zmęczona, niewiele myśląc zasnęłam z telefonem w dłoni.