Enjoy it :)
Happy
Jeden – Nie mdlej
Tamtej nocy było bardzo zimno, a temperatura sięgała
poniżej zera. Jednak dzięki moim specjalnym butom palce jeszcze mi nie odpadły,
a w podszytej puchem kurtce chłód nie przesiąkał mnie do szpiku kości. Dzięki
temu nie koncentrowałam się na mrozie, ale na moim zadaniu.
Pamiętaj,
trzymamy się planu: wchodzisz do Bazy, ja cię osłaniam –
usłyszałam męski głos w głowie.
Jeszcze
pamiętam. Powodzenia, Maks. Nie dajmy się zabić –
odrzekłam.
Ta,
nie dajmy się zabić.
Nie tracąc ani chwili, bezgłośnie ruszyłam w stronę
jedynego, prócz księżyca, źródła światła – ogniska. Ogień sprawiał, że mogłam
dostrzec troje ludzi siedzących wokół ogniska i dwa krzywo ustawione
namioty. mieli nałożone na głowy
kaptury, więc nie widziałam ich twarzy. Wyglądali na upitych, śpiących z powodu
nadmiaru alkoholu.
Bez większych problemów obeszłam niezauważona naokoło obozowisko,
docierając do jednego z namiotów. Rozsunęłam zamek i zajrzałam do środka.
Jestem
w Bazie. Na razie bezproblemowo – powiedziałam.
Okej.
W tym namiocie nie było nic niezwykłego. Dwa śpiwory,
plecak, woda w butelce. Ale po chwili znalazłam to, czego szukałam.
Mam
Iris. Wychodzę. – Chwilę później byłam już na dworze i znów
okrążałam obozowisko. Kątem oka zwróciłam uwagę na ludzi przy ognisku.
Momentalnie serce podeszło mi do gardła. Koło paleniska
siedziało tylko dwoje ludzi, a Maks mi nie odpowiedział.
Maks?
Jesteś tam? – zapytałam nieco roztrzęsiona.
Nic. Cisza.
Maks?!
Maksymilianie! – wołałam, przerażona rozglądając się wokół.
Ale nic się nie zmieniło, poza zniknięciem jeszcze jednego człowieka…
Niewiele myśląc, wdrapałam się na pierwsze lepsze drzewo.
Na szczęście było iglaste i miało rozłożyste gałęzie, więc szybko się
wdrapałam. Nie było mnie widać wśród igieł, przynajmniej z dołu. Minusem było
to, że ja także mało co widziałam.
Okej, trzeba się ogarnąć. Nie dać się zabić. Wdech,
wydech. Okej, to nie pomaga. Wdech…
- Naprawdę myślałaś, że się wam uda? – usłyszałam nagle
koło ucha, a następnie spadłam, przerażona jak nigdy w życiu, z drzewa.
Nie
mdlej, nie mdlej! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszałam,
zanim, oczywiście, zemdlałam.
Dwa – Pustka
Nie byłam pewna, czy jeszcze żyję. Nic nie czułam, ale
czy właśnie tak wygląda śmierć? Jakbym wisiała w przestrzeni, odcięta od
wszystkiego, poza własnymi myślami.
Tyle że nie wiedziałam za bardzo, o czym mam myśleć. W
głowie miałam pustkę i nie miałam pojęcia, co się dzieje. Czemu jestem w takim
stanie? Co się stało przed tym stanem Pustki? Jakie było moje życie? Imię,
własny wygląd, rodzina, przyjaciele, moje miasto, czy choćby moje ostatnie
śniadanie – nic nie pamiętałam.
A potem zobaczyłam biały napis na czarnym tle: Nie jesteś
jedyna. Znajdź Czerwonego Węża.
I nawet Pustka zniknęła.
~~*~~
Otworzyłam oczy i podniosłam cała spocona. Miałam jakiś
koszmar, ale nie za bardzo pamiętałam co mi się śniło. Był tam las, księżyc i
ogromna sosna. W tamtej chwili nie miałam pojęcia, co mnie tak przeraziło.
Znów położyłam się, odkrywając miętową pościel. Serce
biło mi szybko, ale już powoli się uspokajałam. Wpatrywałam się w przyklejone
na suficie fluorescencyjne gwiazdki i planety, ułożone w nieznane konstelacje.
W jednej chwili zmarszczyłam brwi. Co na suficie robią te
naklejki? Czemu jestem przykryta zieloną kołdrą? Przecież nie tak wygląda mój
pokój… Właśnie – jak wygląda mój
pokój?!
Nic nie pamiętałam. Kompletnie. Jakby całe moje życie do
teraz zostało wymazane z pamięci.
Okej,
dziewczyno, bez paniki. Myśl racjonalnie. – Zaraz jak to
pomyślałam, doznałam jakby déjà vu. Jakby ktoś już to do mnie wcześniej mówił, albo…
jakbym to wcześniej pomyślała, czy coś takiego.
Potrząsnęłam głową, próbując nieco zrozumieć z obecnej
sytuacji. Niewiele widziałam w tym świetle, bo była noc, a przynajmniej tak to
wyglądało. Już nieco bardziej opanowana wstałam z łóżka i rozejrzałam się po
pokoju.
Nie był dużych rozmiarów. Z dużego okna lub drzwi
balkonowych wpadało do niego światło księżyca. W pomieszczeniu mieściło się biurko,
łóżko, szafa i komódka. Panował tu względny porządek, na biurku walały się
tylko papiery i przybory do pisania.
Podeszłam do okna, które zaraz potem ostatecznie okazało
się drzwiami balkonowymi – na zewnątrz zobaczyłam osiedle z trzepakiem, małym
placem zabaw i parczkiem. Nie było żywego ducha, a księżyc złowrogo wisiał nad
blokami.
Może
znajdę jakieś informacje na kartkach na biurku? – Prawie
rzuciłam się na drewniany mebel, pragnąc czegoś się dowiedzieć.
Kartkówki z matematyki (trója), angielskiego (czwórka),
polskiego (dwója – jak można dostać dwóję z ojczystego języka?!), jakieś karty
pracy. Dowiedziałam się z nich, że osoba je posiadająca nazywa się Malina Janczak
i uczęszcza do klasy trzeciej gimnazjum, więc ma zapewne piętnaście lat. Tylko
czemu jej prace tutaj leżały? A może…
Może była moją koleżanką i je tutaj zostawiła, w moim
pokoju? Albo znalazłam się w jej
pokoju? Może była moją siostrą i mi je podrzuciła, bo nie chciała, żeby rodzice
zobaczyli.
Jednak nie sądziłam, że jest to taka zwyczajna sprawa.
Coś mi tu śmierdziało, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, co.
Porzucając biurko w tymczasowe zapomnienie, zaczęłam
szperać w plecaku, a potem w komódce, ale nic szczególnego nie znalazłam.
Tracąc nadzieję na dowiedzenie się czegoś o moim położeniu, klapnęłam na łóżko,
czym wprawiłam w ruch materac. Coś na nim podskoczyło, a tym czymś okazał się
telefon komórkowy. Ściślej, jakiś, zapewne drogi, smart fon.
Zegarek wskazywał w pół do czwartej. Żeby przejść dalej,
musiałam wpisać jakiś kod, którego niestety nie znałam. Sfrustrowana i piekielnie
zmęczona, niewiele myśląc zasnęłam z telefonem w dłoni.