niedziela, 12 października 2014

Iris - Jeden i Dwa

 Enjoy it :)
 Happy

Jeden – Nie mdlej

  Tamtej nocy było bardzo zimno, a temperatura sięgała poniżej zera. Jednak dzięki moim specjalnym butom palce jeszcze mi nie odpadły, a w podszytej puchem kurtce chłód nie przesiąkał mnie do szpiku kości. Dzięki temu nie koncentrowałam się na mrozie, ale na moim zadaniu.
  Pamiętaj, trzymamy się planu: wchodzisz do Bazy, ja cię osłaniam – usłyszałam męski głos w głowie.
  Jeszcze pamiętam. Powodzenia, Maks. Nie dajmy się zabić – odrzekłam.
  Ta, nie dajmy się zabić.
  Nie tracąc ani chwili, bezgłośnie ruszyłam w stronę jedynego, prócz księżyca, źródła światła – ogniska. Ogień sprawiał, że mogłam dostrzec troje ludzi siedzących wokół ogniska i dwa krzywo ustawione namioty.  mieli nałożone na głowy kaptury, więc nie widziałam ich twarzy. Wyglądali na upitych, śpiących z powodu nadmiaru alkoholu.
  Bez większych problemów obeszłam niezauważona naokoło obozowisko, docierając do jednego z namiotów. Rozsunęłam zamek i zajrzałam do środka.
  Jestem w Bazie. Na razie bezproblemowo – powiedziałam.
  Okej.
  W tym namiocie nie było nic niezwykłego. Dwa śpiwory, plecak, woda w butelce. Ale po chwili znalazłam to, czego szukałam.
  Mam Iris. Wychodzę. – Chwilę później byłam już na dworze i znów okrążałam obozowisko. Kątem oka zwróciłam uwagę na ludzi przy ognisku.
  Momentalnie serce podeszło mi do gardła. Koło paleniska siedziało tylko dwoje ludzi, a Maks mi nie odpowiedział.
  Maks? Jesteś tam? – zapytałam nieco roztrzęsiona.
  Nic. Cisza.
  Maks?! Maksymilianie! – wołałam, przerażona rozglądając się wokół. Ale nic się nie zmieniło, poza zniknięciem jeszcze jednego człowieka…
  Niewiele myśląc, wdrapałam się na pierwsze lepsze drzewo. Na szczęście było iglaste i miało rozłożyste gałęzie, więc szybko się wdrapałam. Nie było mnie widać wśród igieł, przynajmniej z dołu. Minusem było to, że ja także mało co widziałam.
  Okej, trzeba się ogarnąć. Nie dać się zabić. Wdech, wydech. Okej, to nie pomaga. Wdech…
  - Naprawdę myślałaś, że się wam uda? – usłyszałam nagle koło ucha, a następnie spadłam, przerażona jak nigdy w życiu, z drzewa.
  Nie mdlej, nie mdlej! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszałam, zanim, oczywiście, zemdlałam.



Dwa – Pustka

  Nie byłam pewna, czy jeszcze żyję. Nic nie czułam, ale czy właśnie tak wygląda śmierć? Jakbym wisiała w przestrzeni, odcięta od wszystkiego, poza własnymi myślami.
  Tyle że nie wiedziałam za bardzo, o czym mam myśleć. W głowie miałam pustkę i nie miałam pojęcia, co się dzieje. Czemu jestem w takim stanie? Co się stało przed tym stanem Pustki? Jakie było moje życie? Imię, własny wygląd, rodzina, przyjaciele, moje miasto, czy choćby moje ostatnie śniadanie – nic nie pamiętałam.
  A potem zobaczyłam biały napis na czarnym tle: Nie jesteś jedyna. Znajdź Czerwonego Węża.
  I nawet Pustka zniknęła.

~~*~~

  Otworzyłam oczy i podniosłam cała spocona. Miałam jakiś koszmar, ale nie za bardzo pamiętałam co mi się śniło. Był tam las, księżyc i ogromna sosna. W tamtej chwili nie miałam pojęcia, co mnie tak przeraziło.
  Znów położyłam się, odkrywając miętową pościel. Serce biło mi szybko, ale już powoli się uspokajałam. Wpatrywałam się w przyklejone na suficie fluorescencyjne gwiazdki i planety, ułożone w nieznane konstelacje.
  W jednej chwili zmarszczyłam brwi. Co na suficie robią te naklejki? Czemu jestem przykryta zieloną kołdrą? Przecież nie tak wygląda mój pokój… Właśnie – jak wygląda mój pokój?!
  Nic nie pamiętałam. Kompletnie. Jakby całe moje życie do teraz zostało wymazane z pamięci.
  Okej, dziewczyno, bez paniki. Myśl racjonalnie. – Zaraz jak to pomyślałam, doznałam jakby déjà vu. Jakby ktoś już to do mnie wcześniej mówił, albo… jakbym to wcześniej pomyślała, czy coś takiego.
  Potrząsnęłam głową, próbując nieco zrozumieć z obecnej sytuacji. Niewiele widziałam w tym świetle, bo była noc, a przynajmniej tak to wyglądało. Już nieco bardziej opanowana wstałam z łóżka i rozejrzałam się po pokoju.
  Nie był dużych rozmiarów. Z dużego okna lub drzwi balkonowych wpadało do niego światło księżyca. W pomieszczeniu mieściło się biurko, łóżko, szafa i komódka. Panował tu względny porządek, na biurku walały się tylko papiery i przybory do pisania.
  Podeszłam do okna, które zaraz potem ostatecznie okazało się drzwiami balkonowymi – na zewnątrz zobaczyłam osiedle z trzepakiem, małym placem zabaw i parczkiem. Nie było żywego ducha, a księżyc złowrogo wisiał nad blokami.
  Może znajdę jakieś informacje na kartkach na biurku? – Prawie rzuciłam się na drewniany mebel, pragnąc czegoś się dowiedzieć.
  Kartkówki z matematyki (trója), angielskiego (czwórka), polskiego (dwója – jak można dostać dwóję z ojczystego języka?!), jakieś karty pracy. Dowiedziałam się z nich, że osoba je posiadająca nazywa się Malina Janczak i uczęszcza do klasy trzeciej gimnazjum, więc ma zapewne piętnaście lat. Tylko czemu jej prace tutaj leżały? A może…
  Może była moją koleżanką i je tutaj zostawiła, w moim pokoju? Albo znalazłam się w jej pokoju? Może była moją siostrą i mi je podrzuciła, bo nie chciała, żeby rodzice zobaczyli.
  Jednak nie sądziłam, że jest to taka zwyczajna sprawa. Coś mi tu śmierdziało, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, co.
  Porzucając biurko w tymczasowe zapomnienie, zaczęłam szperać w plecaku, a potem w komódce, ale nic szczególnego nie znalazłam. Tracąc nadzieję na dowiedzenie się czegoś o moim położeniu, klapnęłam na łóżko, czym wprawiłam w ruch materac. Coś na nim podskoczyło, a tym czymś okazał się telefon komórkowy. Ściślej, jakiś, zapewne drogi, smart fon.
  Zegarek wskazywał w pół do czwartej. Żeby przejść dalej, musiałam wpisać jakiś kod, którego niestety nie znałam. Sfrustrowana i piekielnie zmęczona, niewiele myśląc zasnęłam z telefonem w dłoni.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz